środa, 19 czerwca 2013

Islam na co dzień

Indonezja jest największym muzułmańskim krajem świata! Może nie największym, ale tworzy największe społeczeństwo Islamskie na świecie. Nie trudno to zauważyć. To co na pierwszy rzut oka odróżnia Indonezję od Polski to fakt iż dużo kobiet nosi Hidżab – tradycyjne nakrycie głowy. Nie wygląda to jednak tak jak wielu z internautów sobie to wyobraża – czyli tłum mężczyzn i chodzące „duchy” , „Buki” lub „wieszak na pranie”. Po pierwsze mieszkają tu też ludzie innych wyznań (Chrześcijanie, Hindusi i inne), po drugie nie każda z kobiet nosi hidżab, a po trzecie nawet jak nosi, to tylko nieliczne zakrywają się całe –większość jednak okrywa tylko głowę i szyję.
 (na zdj. studenci kursu językowego)


Co jeszcze odróżnia Indonezję jako państwo muzułmańskie od Polski? Meczety i modlitwy codzienne. Prawie na każdym kroku można spotkać tu meczet lub tzw. Musholla –miejsce na modlitwy w ciągu dnia. Jak powiedzieli mi ludzie, meczety budowane są z pieniędzy wiernych – każdy chętny się zrzuca i powstaje meczet. Widać, że jest to dla nich ważna rzecz, może nawet ważny punkt w życiu – wesprzeć budowę meczetu. Na oko każde osiedle ma co najmniej jeden meczet. W dzielnicy w jakiej mieszkam mam jeden dość duży meczet ok 100 m w linii prostej od domu, kolejny w drodze do koleżanki z sąsiedztwa w odległości ok 650 m, następny w drodze do marketu w odległości ok 550 m (jak wskazuje mapa google) ,a po drodze buduje się następny. Najbliższy meczet na północ od mojego domu znajduje się w odległości 800 m , a na południe w odległości 700 m. To nam daje razem pięć meczetów i jeden w drodze na przestrzeni jednego kilometra! I dobrze! Nie mam nic przeciwko temu.  Często to są bardzo piękne, oryginalne dla oczu budowle. Nie będę zachowywać się jak niektórzy „ateiści” w naszym kraju, którzy wiedzą lepiej gdzie i ile kościołów powinni chrześcijanie budować , lub na co wierni mają ofiarowywać swoje zarobione pieniądze. Nie do tego dążę w tym artykule. Pragnę jednak zilustrować jak wygląda zwykły dzień w tym mieście.  Tak więc na czym skończyłam? Na pięciu meczetach w promieniu jednego kilometra. Więc teraz wyobraźmy sobie popołudnie, zachód słońca – pora wieczornej modlitwy. Prawie każdy z meczetów posiada wieżę wznoszącą się wysoko nad okolicę, tzw. Minaret, który zaopatrzony jest w głośniki. Jeżeli meczet nie posiada minaretu, głośniki umieszczone są na budynku właściwym. A z nich pięć razy dziennie (w moim pojęciu pięć razy na dobę – 4 godzina to ciągle noc! ) muezzin, czyli duchowny wzywa wiernych na modlitwę. Pierwsze skojarzenie to pewnie z bijącymi dzwonami kościołów, ale nie. Ojjj nie. Wzywanie na modlitwę to śpiewy jakie muezzin odprawia po arabsku, trwające po kilka minut. A co jak w każdym z meczetów muezzini mają opóźnione zegarki o 1 minutę?  Wtedy przez ok 15 minut cała okolica słucha arabskiego „jęczenia” (tak moje ucho odbiera te melodie). Czasem odnoszę wrażenie, że któryś z meczetów chce się może wyróżnić, wybić z „tłumu”. Jeden zaśpiewa wyższym głosem, to ten drugi zaśpiewa trochę dłużej. Może to taka bitwa o wiernych? Mająca niestety miejsce 5 razy na dobę jak już wspominałam. Na szczęście nocne zachęty do modlitw, nie są tak zacięte, i respektują osoby innych wyznań. Dobrą reklamą jest też bycie oryginalnym w inny sposób. Niedaleko ulubionego baru, bardziej w centrum miasta, znajduje się meczet w którym wieczorne modlitwy śpiewają…dzieci. I tak o godzinie 21, siedzisz ze znajomymi przy piwie..a zamiast muzyki, słuchasz dziecięcych piskliwych  arabskich modlitw. Żeby nie było wątpliwości – nadal uważam, że jak polskie dziecko śpiewające do mikrofonu „Chwalcie łąki umajone..”  też brzmi fatalnie – przecież oglądałam własną kasetę z Pierwszej Komunii Świętej!
(zdj. chłopcy bawiący się przed drzwiami meczetu)

Inne różnice wynikające z przewagi islamu? No na pewno prawie żadna dostępność wieprzowiny i o wiele uboższa oferta alkoholi. Jeżeli chodzi o wieprzowinę, dla mnie to nie ma większego znaczenia. Jeżeli chodzi o alkohol, to faktycznie czasem czuję się „nieswojo”. Nie chodzi o to, że mam problemy z piciem, a właściwie z nie-piciem alkoholu –bo takowych nie mam. Ale nigdy nie postrzegałam za coś złego wyjścia ze znajomymi na piwo. W Europie w większości przypadków, spotkania wieczorne wiązały się z wyjściem do pubu-nie chodzi tu o to co będziesz pić. Po prostu idziesz do pubu. Ale tu nie ma pubów! Nie ma prawie w ogóle barów. Co niektóre restauracje, przypominające ekskluzywne lokale w Europie, oferują ok 3 rodzaje piwa, i może kilka drinków. Ale to nie ma atmosfery pubu. W ciągu mojego pobytu tutaj, odbywało się kilka ważnych (dla kibiców) meczy piłki nożnej. Najważniejszym wydarzeniem, był bez wątpienia Finał Ligii mistrzów pomiędzy Borussia Dortmund, a Bayer Monachium. Mimo, że nie uważam się za fana, lubię popatrzeć na taki mecz, bo jest to bez wątpienia wielkie wydarzenie kulturowe pełne emocji! Zamarzyło mi się zimnego piwa w pubie i meczu….niedoczekanie! Nie ma pubu! Zapytałam się więc znajomego, gdzie oglądacie mecze? Gdzie ludzie spotykają się by oglądać je wspólnie? …odpowiedź na to pytanie dostałam, udając się którymś wieczorem do…McDonaldu. Widok niecodzienny…McDonald pełny, stoliki i krzesła ustawione w rzędy przed wielkim ekranem i tłum kibicujących mężczyzn, popijających przez słomkę fantę z kubka McDonalds. Tego jeszcze nie było.

Czy to jedyne różnice jakie są między naszymi krajami? Jest ich sporo więcej, ale nie sposób wszystkie opisać. Głównie kryją się w drobnych czynnościach, np. zdejmowanie butów przed wejściem do mieszkania,  robienie przerwy między zajęciami ok godzi.18 aby muzułmańscy studenci mogli iść się pomodlić, brak psów w domach (pies zwierzę nieczyste –nie to co kot który ma 7 żyć!), tradycyjne nakrycia głowy nawet u mężczyzn, itp. Myślę, że istnieje jeszcze więcej różnic o których nawet nie wiem.

poniedziałek, 27 maja 2013

Weekend w Yogyakarta

Od początku mojej stancji tutaj, znajomi rekomendowali mi Yogyakartę (lub w skrócie Jogja [Dżogdża]) jako miejsce które trzeba odwiedzić w Indonezji. Najbardziej turystyczne miejsce na Javie, i pełne ciekawych miejsc wartych zobaczenia. Około 2 tygodni temu dowiedziałam się od Nizara - znajomego który widać na podróżowaniu wzdłuż i wszerz Indonezji zna się jak nikt inny tutaj- że jeżeli chcemy odwiedzić Jogje to dobrym momentem będzie Waisak (pol. Vesak). Najważniejsze święto buddystów obchodzone w maju na cześć narodzin Buddy. Jako że jedną z największych atrakcji Jogjakarty i w ogóle Javy jest pobliska buddyjska świątynia Borobudur, w ten szczególny dzień zjeżdżają się tam pielgrzymi z całej wyspy, a nawet całej Indonezji aby tam móc wspólnie świętować. Najważniejszym wydarzeniem turystycznym podczas tego dnia jest jednak "Festiwal Latarni" kiedy tysiące zgromadzonych ludzi wypuszcza świecące się lampiony w powietrze.

Nie trzeba było nas długo namawiać abym wspólnie z Nelą podjęły decyzję, że jeżeli mamy tam jechać to właśnie w trakcie tego święta. Czekałyśmy na tan weekend z niecierpliwością. Chciałbym napisać "przygotowywałyśmy się do tego weekendu", ale prócz przeczytania kilku faktów na temat miasta, festiwalu, dopytania się Nizara o możliwości dotarcia i noclegu nie zrobiłyśmy za dużo. Nizar uspokajał nas że nie mamy się co przejmować - w Jogja wszystko funkcjonuje inaczej niż w pozostałej części Indonezji, bo to bardzo turystyczne miasto. Uspokoił mnie tym, więc całym moim zadaniem było znaleźć rozkład godzin pociągów i wybrać odpowiedni. Niestety, okazało się, że bilety na pociąg są już wyprzedane. Postanowiłyśmy więc z Nelą zrezygnować z luksusu jazdy 5 h pociągiem, i przerzucić się na autobus pierwszej klasy, który wyjeżdża co godzinę, a podróż trwa zaledwie 8 h. Podróż autobusem klasy ekonomicznej trwa zaledwie o 1 h dłużej, a cena jest o połowę niższa, ale... autobus klasy pierwszej ma "tylko" 2 siedzenia w rzędzie, zatrzymuje się po 4h na przerwę na toaletę i posiłek (wliczony w cenę biletu!), po drodze ma "zaledwie" 5 przystanków w innych miejscowościach i nie ma w nim miejsc stojących, a uliczni sprzedawcy i grajkowie nie mają do niego wstępu.
Brzmi nieźle więc z pełnym spokojem szykowałyśmy się, na podróż autobusem klasy pierwszej,  a nocleg ponoć bez problemu dostać "z ulicy" ponieważ jest to miasto z największą ilością Hoteli na Javie. Dostałyśmy nazwę ulicy na której znajdują się hostele jeden przy drugim, a wśród nich hostel prowadzony przez znajomą Nizara, gdzie na pewno będzie miejsce, niezależnie od święta czy pory roku.

Nadszedł w końcu piątek –dzień naszego wyjazdu. Godzina 20:30 przyjechał Nizar, i zabrał mnie i Nelę swoim dżipem na autobus. Na głównym dworcu autobusowym panował wielki harmider. Dużo ludzi, mało autobusów, informacji żadnej. Na szczęście Nizar pomógł nam znaleźć odpowiedni peron. Byłam zdezorientowana –niby podział na perony jakiś istniał ale tłum pasażerów burzył wszelki ład i porządek jaki miał na celu architekt dworca. 



Przeszliśmy się więc na około, i spotkaliśmy dwie dziewczyny-Znajome Nizara. Też wybierały się do Jogjakarty, więc od tej pory zaczęliśmy ogarniać sytuację wspólnie. Dziewczyny rozmawiały z jakimś mężczyzną który oferował podwiezienie do „garażu”. Nela i ja nie rozumiałyśmy nic z tej sytuacji, ale na szczęście nasi tutejsi znajomi wytłumaczyli nam jak to działa. Okazało się, że prawdopodobnie wszyscy czekający na dworcu, nie pojadą wcześniej ni ż rano, ponieważ autobusy wyjeżdżają już pełne z garaży firmowych które znajdują się 15 min z dworca, prawie za miastem.  Nie wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi, czy ci ludzie „wpychają się w kolejkę” przed porządnie wyczekującymi na dworcu? Czy to jest legalne? Czy trzeba kogoś przekupić żeby dostać się do garażu? Postanowiłyśmy jednak polegać na „tutejszych” znających „tutejsze” zwyczaje i pojechaliśmy do garaży. Okazało się że tam też można kupić bilety i dostać się na autobus – trochę jak by to był właściwy pierwszy przystanek, tyle że z różnych garaży wyjeżdżają różne firmy i do różnych destynacji. Bez poczekalni, rozkładu jazdy (tego to chyba i tak nigdzie się nie znajdzie, a jeżeli nawet to i tak nie ma to przełożenia na rzeczywistość).
Problemy tym razem ze złapaniem autobusu z garażu polegał na tym, że było tu tyle samo ludzi co na dworcu. Kolejka do rezerwacji biletu (jeszcze nie kupna! Rezerwacji!) zawijała po kilka razy przez całą długość wyjazdu, i mniej więcej trzeba było liczyć ok.3 h na odstanie swojego. Potem dostaje się numerek-kiedy autobus wyjeżdża zapowiadają numerki rezerwacji i ludzie lgną w kierunku autobusu. Niby logiczne, ale jednak nie. Autobusy wyjeżdżały co ok 20 min, a na placu wciąż były tłumy, wciąż długa kolejka,  zapowiedzi przez megafon czasem były a czasem nie, za to tłum obłapujący autobus (tak jak by miał odjechać pusty) i pchający się dosłownie do środka był zawsze. Przez ten chaos nie było się w stanie nawet mniej więcej określić  czasu oczekiwania. Zdeterminowani , szykowaliśmy się na to, że w najgorszym wypadku przekoczujemy tu całą noc. Zaczęliśmy kombinować –pociąg –wyprzedany, wynajem samochodu – nie ma kierowcy, autostop – jeszcze tak zdeterminowani /szaleni nie jesteśmy…”Zapłacicie mi jutrzejszą wypłatę to was zabiorę” –zażartował Nizar. Ale dla nas to nie był żart. Zastanawiałyśmy się  jak go na to namówić – bo że chciałby jechać nie miałyśmy wątpliwości. Z wielu rozmów wynikało że jest osobą która uwielbia podróżować, wyjeżdżać, spędzać czas aktywnie, szukając przygód. Została kwestia pracy. Uzgodniłyśmy z dziewczynami że każda zapłaci tyle do za autobus pierwszej klasy i do tego my płacimy za posiłki i cokolwiek będzie chciał-wyszła z tego mniej więcej jego dzienna wypłata. Pozostało jeszcze go na to namówić. Śmiał się i mówił że chętnie by to zrobił ale.. jego ojciec będzie prawdopodobnie potrzebował samochodu następnego dnia rano-tego nie przewidziałyśmy. Postanowiłyśmy więc poczekać na jakieś inne rozwiązanie sprawy. No i się stało – Nizar zadzwonił do taty, upewnił się co do samochodu, i zabrał nas do Jogjakarty. 















15 godzin „na pace” dżipa. W korkach i na wybojach. Ale dotarłyśmy, wprost do Borobudur – miejsca festiwalu.
Byliśmy niesamowicie wykończeni trasą-a najbardziej chyba kierowca. Mimo że się zmieniał to spał najmniej. Na szczęście całe miejsce festiwali było pełne warunków – czyli małych prowizorycznych barów oferujących ciepłe, proste, tradycyjne posiłki. Naładowaliśmy się więc energią, i poszliśmy zwiedzać świątynię czym prędzej, aby zobaczyć jeszcze coś przed zapadnięciem zmroku.  Oczywiście jak w ciągu całego weekendu, wszędzie było pełno ludzi, oprócz…okienka z biletami dla obcokrajowców. Tak. Taka segregacja tam panuje. Bilety normalne dla Indonezyjczyków -30 000 IDR (OK. 3 USD, ok 10 PLN), natomiast bilety normalne dla turystów zagranicznych 190 000 IDR (ok. 19USD, ok 60 zł). Na szczęście otrzymałam ulgę studencką (okazując co prawda kartę ubezpieczeniową) i zapłaciłam 95 000 IDR ( ok.10 USD, 30 PLN). Ważne żeby okazać dokument z imieniem, nazwiskiem, zdjęciem, napisem „student” i najlepiej jak będziesz się miło uśmiechać do pani w okienku. Inaczej – tak jak chłopak przede mną- możesz się dowiedzieć, że studentom zniżka nie przysługuje.  W cenie, można było usiąść sobie w poczekalni, napić się kawy, herbaty bądź „firmowej” wody z Borobudur.

Świątynia naprawdę piękna, ale na pewno robiłaby większe wrażenie poza sezonem pełnym turystów. Poza tym wyobrażałam ją sobie o wiele większą. Ale może i dobrze, że większa nie była – musiałabym się więcej wspinać po stromych kamiennych schodach.  Nie miałam też niestety czasu żeby przejść każdy jej poziom po kolei, zgodnie ze wskazówkami zegara, tak aby zapoznać się z życiem Buddy, przestawionym na kamiennych płaskorzeźbach.  Fakt tego że obchodzone było święto przyniósł też korzyści – mogliśmy wejść na ostatni z poziomów który normalnie służy tylko celom religijnym i nie jest udostępniany turystom.











 Właśnie zwiedzając ten ostatni poziom – zaczęło padać. Na szczęście deszcz, przynajmniej do tego czasu, przypominał zaledwie zwykły deszcz europejski, a nie ulewę tropikalną. Jenak to się zmieniało z godziny na godzinę, a wypuszczenie latarni  opóźniało się w tym samym czasie. Zwątpiłam czy w ogóle będzie to możliwe, aby je zobaczyć przez te warunki pogodowe, ale organizatorzy mówili na razie o opóźnieniach, a nie odwołaniu. Nizar oznajmił że musi wracać do domu oddać tacie samochód, ale ja i Nela zostałyśmy i postanowiłyśmy poszukać Holenderską parkę która też miała zamiar wybrać się tu na te wydarzenia. Razem z nimi czekaliśmy na latarnie – najpierw do 19, potem do 20:30, potem do 21…aż w końcu się podaliśmy.  Na początku jeszcze mieliśmy temat do dyskusji – podziwialiśmy świątynie i wymienialiśmy się informacjami. Miałam też wtedy okazję zaobserwować to o czym czytałam przygotowując się do wyjazdu do tego kraju –ludzie są bardzo uprzejmi, życzliwi, uśmiechają się, a jak nie znają odpowiedzi na pytanie wymyślają jakąś aby nie zawieść rozmówcy.  To jak uprzejmi i życzliwi są miałam okazję przekonywać się od początku mojego pobytu tutaj. Ale teraz przekonałam się o prawdzie ostatniego stwierdzenia. Dzięki życzliwości jednej Indonezyjki , Marlou, moja holenderska koleżanka, podziwiała tą XIII wieczną świątynie, nie mogąc wyjść z podziwu , „jakie cuda architektury wznosili ludzie tysiąc lat przed Chrystusem”! Ale tematy się wyczerpywały, a każdy z nas czy ze zmęczenia czy z irytacji siedział cicho.  Deszcz tylko nabierał siły, i mimo, że organizatorzy przenieśli  wypuszczenie latarni na 23 i tak żadne z nas nie wierzyło w to że coś z tego wyjdzie.  Myśl tego że się poddałam i pokonał mnie deszcz jest straszna.  
Pocieszam się tym, że to nie koniec walki..po dotarciu do Jogjakarty trzeba było znaleźć nocleg. Co nie było  takie proste-hotel w którym mieszkali nasi holenderscy znajomi okazał się pełen, jak inne na tej samej ulicy. Wszystkie hotele zajęte. Wszystkie. Pytałyśmy w blisko 30 hostelach, domach gościnnych, hotelach (nawet tych ****!) i nic. Noc na dworze, w parku bądź gdziekolwiek nie była by złym pomysłem – ale wszystko łącznie z nami i naszymi bagażami było mokre, a Nela nie czuła się najlepiej. Zrobiła się godzina 2 w nocy, a my nadal nie miałyśmy noclegu – z resztą bardziej zaczęło mnie męczyć szukanie i pytanie o pokoje. Postanowiłyśmy pójść do McDonalda 24h. Mimo, że zdaje sobie z tego sprawę, że wyganiają często ludzi śpiących, nie miałyśmy innej opcji. Musiałyśmy odpocząć, zjeść i starać się wyschnąć. To był luksus – toaleta, siedzenie, jedzenie wszystko pod ręką – no i brak deszczu! Tak też zasnęłyśmy .

Obudziłyśmy się koło 5 kiedy życie na ulicach zaczyna już się rozkręcać na dobre.  Postanowiłyśmy wypić poranną kawę i iść pozwiedzać miasto. Nie było mowy o tym aby postarać się jeszcze tego samego dnia jechać do świątyń hinduskich w Prambanan.  Bardzo chciałabym zobaczyć  jakąś – widziałam kilka świątyń Shinto, kilka Buddystycznych ale jeszcze żadnej Hindu! Musiałam pocieszać się faktem, że większość z nich można oglądać tylko z dystansu, a niektóre są zupełnie zamknięte po trzęsieniu ziemi jakie miało miejsce w 2006 roku. A jak będę bardzo chciała, to jeszcze przed śmiercią zdążę(mam nadzieję!) jakieś zwiedzić.
Spacerowałyśmy główną ulicą Jogjakarty – Malioboro – i postanowiłyśmy zatrzymać się na odpoczynek w jednym z warungów. Zjadłyśmy śniadanie, aż wypatrująca nas mała dziewczynka, siedząca przy pobliskim stole z rodziną odważyła się zagadać. Mimo że już dosyć mamy pytań od obcych ludzi o imię, skąd jesteśmy, co o nich sądzimy lub co najgorsze czy mogą sobie z nami zrobić zdjęcie, to ta dziewczynka była urocza. Starała skleić się swoim podstawowym angielskim pytania, a jak ją poprawiałyśmy(chyba przyzwyczajenie z zajęć) to powtarzała za nami. Na koniec oczywiście poprosiła nas o zdjęcie. Rodzice chyba potraktowali to jako szybką lekcje angielskiego bo nalegali żeby zapłacić za nasze śniadanie. To było przeurocze! Tacy to uroczy są Indonezyjczycy!
Resztę dnia spędziłyśmy na powolnym zwiedzaniu Kratonu czyli dworu sułtana, zwiedzaniu ruin pałacu „Wodnego” i unikaniu grupek nastolatków które koniecznie chciały mieć z nami zdjęcie. Tego w ogóle nie rozumiem – czy jesteśmy dla nich ciekawi bo jesteśmy inni (traktowanie nas jak okaz z zoo) czy bo przypominamy im różnych celebrity (czyli nie rozpoznają białych tak jak my zazwyczaj, nie widzimy różnic między Azjatami). Jedno już zaobserwowałam, jak jedna grupka się odważy i zacznie robić zdjęcia, wszystkie inne oleją to, że stoją na jednej w piękniejszych świątyń buddyjskich w Indonezji, że stoją przez posągiem Buddy który był wykonany przez stosunkowo prymitywne narzędzia ponad tysiąc lat temu, i że „patrzy” on na spowite w mgle góry dryfujące w morzu dżungli…mamy zdjęcie z białym na fejsa, więc jest impreza!



























Z zupełnym spokojem pojechałyśmy na dworzec autobusowy, nie miałyśmy się przecież na co spieszyć. Biorąc pod uwagę, że nie chciałyśmy przyjechać w środku nocy i budzić naszych gospodarzy to raczej później znaczyło lepiej. Zapomniałyśmy jednak, że tu i tak wszystko ma swoje tempo. I tak zamiast oczekiwania 30 min na autobus klasy pierwszej, czekałyśmy ok 2 h…ale autobusu nie było. Nie wiadomo skąd nagle ludzie zerwali się z peronu, i wbiegli na wyjazd autobusów…jedna dziewczyna kazała nam biec z nami bo „tam jest autobus”. Gdzie tam? Nie powinien być 1,5 h wcześniej, i to tu na peronie? Pobiegliśmy na drugi koniec dworca, aby dowiedzieć się, że autobus jest już pełny, a następny? Odpowiedź brzmiała mniej więcej „Następny autobus, to będzie ten co przyjedzie po tym”. Żadnej informacji o której godzinie, nic. Ja miałam już dość czekania, a do tego zaczął padać deszcz. Zdecydowałam się jechać autobusem ekonomicznym który odjeżdżał co 20 min. Praktycznie 5 min po podjęciu decyzji, dołączyła do mnie Nela i siedziałyśmy już w autobusie klasy ekonomicznej.  Trzeba przyznać że na ekonomii to się oni znają…jeżeli ekonomia to „upchnąć jak najwięcej za jednym kursem”. Te autobusy są „indonezyjskich rozmiarów”, zupełnie nie dla nas – Europejskich dziewczyn – podwójne siedzenie jest szerokości dwóch siedzeń w kolejce dla dzieci. Zagłówek miałam gdzieś na barkach, a przestrzeń na nogi ledwo mieściła mój plecak. Nigdy nie będę narzekać na Ryanair’a! Moje nogi albo musiałam położyć do góry i oprzeć na siedzeniu przede mną, albo siedzieć bokiem tak żeby wystawały na przejście. No chyba, że po przejściu chodził jakiś handlarz sprzedający jedzenie lub napoje. Albo uliczny grajek. Albo po prostu nie stał ktoś. System funkcjonowania tego autobusu też jest zagadkowy. Najpierw przez autobus przechodzi kilka razy kierowca nr1 pytając gdzie jedziemy (tak jak by chciał się upewnić gdzie ma jechać). Potem jak już jest załadowany tak że nie wepchnie się szpilki, to kierowca nr2 przeciska się przez całą długość sprzedając bilety. Oczywiście każdy wchodzący zatrzymywał na nas wzrok, więc kiedy kierowca sprzedając bilet zagadał żeby się dowiedzieć jak mamy na imię i skąd jesteśmy w autobusie nastała cisza. „America?!” –padło pytanie. „No, Europe” – i nagle wrzawa, niektórzy wykrzykiwali w triumfie (tak jak by się o to zakładali wcześniej) inni pomrukiwali … na szczęście to chyba wszystkich usatysfakcjonowało i więcej nie pytali.

Nauczyłam się dzięki temu wyjazdowi, że w autobusach klasy ekonomicznej jeżdżą właśnie Ci ludzie którzy nie powinni nimi jeździć-rodziny z kwiczącymi dziećmi, ludzie z chorobą morską, osoby przewożące zwierzęta i duże europejskie dziewuchy.