Od początku mojej stancji tutaj, znajomi rekomendowali mi
Yogyakartę (lub w skrócie Jogja [Dżogdża]) jako miejsce które trzeba odwiedzić
w Indonezji. Najbardziej turystyczne miejsce na Javie, i pełne ciekawych miejsc
wartych zobaczenia. Około 2 tygodni temu dowiedziałam się od Nizara - znajomego
który widać na podróżowaniu wzdłuż i wszerz Indonezji zna się jak nikt inny
tutaj- że jeżeli chcemy odwiedzić Jogje to dobrym momentem będzie Waisak (pol.
Vesak). Najważniejsze święto buddystów obchodzone w maju na cześć narodzin
Buddy. Jako że jedną z największych atrakcji Jogjakarty i w ogóle Javy jest
pobliska buddyjska świątynia Borobudur, w ten szczególny dzień zjeżdżają się
tam pielgrzymi z całej wyspy, a nawet całej Indonezji aby tam móc wspólnie
świętować. Najważniejszym wydarzeniem turystycznym podczas tego dnia jest
jednak "Festiwal Latarni" kiedy tysiące zgromadzonych ludzi wypuszcza
świecące się lampiony w powietrze.
Nie trzeba było nas długo namawiać abym wspólnie z Nelą
podjęły decyzję, że jeżeli mamy tam jechać to właśnie w trakcie tego święta.
Czekałyśmy na tan weekend z niecierpliwością. Chciałbym napisać
"przygotowywałyśmy się do tego weekendu", ale prócz przeczytania
kilku faktów na temat miasta, festiwalu, dopytania się Nizara o możliwości
dotarcia i noclegu nie zrobiłyśmy za dużo. Nizar uspokajał nas że nie mamy się
co przejmować - w Jogja wszystko funkcjonuje inaczej niż w pozostałej części
Indonezji, bo to bardzo turystyczne miasto. Uspokoił mnie tym, więc całym moim
zadaniem było znaleźć rozkład godzin pociągów i wybrać odpowiedni. Niestety,
okazało się, że bilety na pociąg są już wyprzedane. Postanowiłyśmy więc z Nelą
zrezygnować z luksusu jazdy 5 h pociągiem, i przerzucić się na autobus
pierwszej klasy, który wyjeżdża co godzinę, a podróż trwa zaledwie 8 h. Podróż
autobusem klasy ekonomicznej trwa zaledwie o 1 h dłużej, a cena jest o połowę
niższa, ale... autobus klasy pierwszej ma "tylko" 2 siedzenia w
rzędzie, zatrzymuje się po 4h na przerwę na toaletę i posiłek (wliczony w cenę
biletu!), po drodze ma "zaledwie" 5 przystanków w innych
miejscowościach i nie ma w nim miejsc stojących, a uliczni sprzedawcy i
grajkowie nie mają do niego wstępu.
Brzmi nieźle więc z pełnym spokojem szykowałyśmy się, na
podróż autobusem klasy pierwszej, a
nocleg ponoć bez problemu dostać "z ulicy" ponieważ jest to miasto z
największą ilością Hoteli na Javie. Dostałyśmy nazwę ulicy na której znajdują
się hostele jeden przy drugim, a wśród nich hostel prowadzony przez znajomą
Nizara, gdzie na pewno będzie miejsce, niezależnie od święta czy pory roku.
Nadszedł w końcu piątek –dzień naszego wyjazdu. Godzina
20:30 przyjechał Nizar, i zabrał mnie i Nelę swoim dżipem na autobus. Na
głównym dworcu autobusowym panował wielki harmider. Dużo ludzi, mało autobusów,
informacji żadnej. Na szczęście Nizar pomógł nam znaleźć odpowiedni peron. Byłam
zdezorientowana –niby podział na perony jakiś istniał ale tłum pasażerów burzył
wszelki ład i porządek jaki miał na celu architekt dworca.
Przeszliśmy się więc
na około, i spotkaliśmy dwie dziewczyny-Znajome Nizara. Też wybierały się do
Jogjakarty, więc od tej pory zaczęliśmy ogarniać sytuację wspólnie. Dziewczyny rozmawiały
z jakimś mężczyzną który oferował podwiezienie do „garażu”. Nela i ja nie
rozumiałyśmy nic z tej sytuacji, ale na szczęście nasi tutejsi znajomi wytłumaczyli
nam jak to działa. Okazało się, że prawdopodobnie wszyscy czekający na dworcu,
nie pojadą wcześniej ni ż rano, ponieważ autobusy wyjeżdżają już pełne z garaży
firmowych które znajdują się 15 min z dworca, prawie za miastem. Nie wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi,
czy ci ludzie „wpychają się w kolejkę” przed porządnie wyczekującymi na dworcu?
Czy to jest legalne? Czy trzeba kogoś przekupić żeby dostać się do garażu?
Postanowiłyśmy jednak polegać na „tutejszych” znających „tutejsze” zwyczaje i
pojechaliśmy do garaży. Okazało się że tam też można kupić bilety i dostać się
na autobus – trochę jak by to był właściwy pierwszy przystanek, tyle że z
różnych garaży wyjeżdżają różne firmy i do różnych destynacji. Bez poczekalni,
rozkładu jazdy (tego to chyba i tak nigdzie się nie znajdzie, a jeżeli nawet to
i tak nie ma to przełożenia na rzeczywistość).
Problemy tym razem ze złapaniem autobusu z garażu polegał na
tym, że było tu tyle samo ludzi co na dworcu. Kolejka do rezerwacji biletu
(jeszcze nie kupna! Rezerwacji!) zawijała po kilka razy przez całą długość
wyjazdu, i mniej więcej trzeba było liczyć ok.3 h na odstanie swojego. Potem
dostaje się numerek-kiedy autobus wyjeżdża zapowiadają numerki rezerwacji i
ludzie lgną w kierunku autobusu. Niby logiczne, ale jednak nie. Autobusy
wyjeżdżały co ok 20 min, a na placu wciąż były tłumy, wciąż długa kolejka, zapowiedzi przez megafon czasem były a czasem
nie, za to tłum obłapujący autobus (tak jak by miał odjechać pusty) i pchający
się dosłownie do środka był zawsze. Przez ten chaos nie było się w stanie nawet
mniej więcej określić czasu oczekiwania.
Zdeterminowani , szykowaliśmy się na to, że w najgorszym wypadku przekoczujemy
tu całą noc. Zaczęliśmy kombinować –pociąg –wyprzedany, wynajem samochodu – nie
ma kierowcy, autostop – jeszcze tak zdeterminowani /szaleni nie jesteśmy…”Zapłacicie
mi jutrzejszą wypłatę to was zabiorę” –zażartował Nizar. Ale dla nas to nie był
żart. Zastanawiałyśmy się jak go na to
namówić – bo że chciałby jechać nie miałyśmy wątpliwości. Z wielu rozmów
wynikało że jest osobą która uwielbia podróżować, wyjeżdżać, spędzać czas
aktywnie, szukając przygód. Została kwestia pracy. Uzgodniłyśmy z dziewczynami
że każda zapłaci tyle do za autobus pierwszej klasy i do tego my płacimy za posiłki
i cokolwiek będzie chciał-wyszła z tego mniej więcej jego dzienna wypłata.
Pozostało jeszcze go na to namówić. Śmiał się i mówił że chętnie by to zrobił
ale.. jego ojciec będzie prawdopodobnie potrzebował samochodu następnego dnia
rano-tego nie przewidziałyśmy. Postanowiłyśmy więc poczekać na jakieś inne
rozwiązanie sprawy. No i się stało – Nizar zadzwonił do taty, upewnił się co do
samochodu, i zabrał nas do Jogjakarty.
15 godzin „na pace” dżipa. W korkach i na wybojach. Ale dotarłyśmy,
wprost do Borobudur – miejsca festiwalu.
Byliśmy niesamowicie wykończeni trasą-a najbardziej chyba
kierowca. Mimo że się zmieniał to spał najmniej. Na szczęście całe miejsce
festiwali było pełne warunków – czyli małych prowizorycznych barów oferujących
ciepłe, proste, tradycyjne posiłki. Naładowaliśmy się więc energią, i poszliśmy
zwiedzać świątynię czym prędzej, aby zobaczyć jeszcze coś przed zapadnięciem
zmroku. Oczywiście jak w ciągu całego
weekendu, wszędzie było pełno ludzi, oprócz…okienka z biletami dla obcokrajowców.
Tak. Taka segregacja tam panuje. Bilety normalne dla Indonezyjczyków -30 000
IDR (OK. 3 USD, ok 10 PLN), natomiast bilety normalne dla turystów
zagranicznych 190 000 IDR (ok. 19USD, ok 60 zł). Na szczęście otrzymałam
ulgę studencką (okazując co prawda kartę ubezpieczeniową) i zapłaciłam 95 000
IDR ( ok.10 USD, 30 PLN). Ważne żeby okazać dokument z imieniem, nazwiskiem,
zdjęciem, napisem „student” i najlepiej jak będziesz się miło uśmiechać do pani
w okienku. Inaczej – tak jak chłopak przede mną- możesz się dowiedzieć, że
studentom zniżka nie przysługuje. W cenie,
można było usiąść sobie w poczekalni, napić się kawy, herbaty bądź „firmowej”
wody z Borobudur.
Świątynia naprawdę piękna, ale na pewno robiłaby większe
wrażenie poza sezonem pełnym turystów. Poza tym wyobrażałam ją sobie o wiele
większą. Ale może i dobrze, że większa nie była – musiałabym się więcej wspinać
po stromych kamiennych schodach. Nie
miałam też niestety czasu żeby przejść każdy jej poziom po kolei, zgodnie ze
wskazówkami zegara, tak aby zapoznać się z życiem Buddy, przestawionym na kamiennych
płaskorzeźbach. Fakt tego że obchodzone
było święto przyniósł też korzyści – mogliśmy wejść na ostatni z poziomów który
normalnie służy tylko celom religijnym i nie jest udostępniany turystom.
Właśnie zwiedzając ten ostatni poziom – zaczęło padać. Na szczęście deszcz,
przynajmniej do tego czasu, przypominał zaledwie zwykły deszcz europejski, a
nie ulewę tropikalną. Jenak to się zmieniało z godziny na godzinę, a
wypuszczenie latarni opóźniało się w tym
samym czasie. Zwątpiłam czy w ogóle będzie to możliwe, aby je zobaczyć przez te
warunki pogodowe, ale organizatorzy mówili na razie o opóźnieniach, a nie
odwołaniu. Nizar oznajmił że musi wracać do domu oddać tacie samochód, ale ja i
Nela zostałyśmy i postanowiłyśmy poszukać Holenderską parkę która też miała
zamiar wybrać się tu na te wydarzenia. Razem z nimi czekaliśmy na latarnie –
najpierw do 19, potem do 20:30, potem do 21…aż w końcu się podaliśmy. Na początku jeszcze mieliśmy temat do dyskusji
– podziwialiśmy świątynie i wymienialiśmy się informacjami. Miałam też wtedy
okazję zaobserwować to o czym czytałam przygotowując się do wyjazdu do tego
kraju –ludzie są bardzo uprzejmi, życzliwi, uśmiechają się, a jak nie znają
odpowiedzi na pytanie wymyślają jakąś aby nie zawieść rozmówcy. To jak uprzejmi i życzliwi są miałam okazję przekonywać
się od początku mojego pobytu tutaj. Ale teraz przekonałam się o prawdzie
ostatniego stwierdzenia. Dzięki życzliwości jednej Indonezyjki , Marlou, moja
holenderska koleżanka, podziwiała tą XIII wieczną świątynie, nie mogąc wyjść z
podziwu , „jakie cuda architektury wznosili ludzie tysiąc lat przed Chrystusem”!
Ale tematy się wyczerpywały, a każdy z nas czy ze zmęczenia czy z irytacji
siedział cicho. Deszcz tylko nabierał
siły, i mimo, że organizatorzy przenieśli
wypuszczenie latarni na 23 i tak żadne z nas nie wierzyło w to że coś z
tego wyjdzie. Myśl tego że się poddałam
i pokonał mnie deszcz jest straszna.
Pocieszam się tym, że to nie koniec walki..po dotarciu do Jogjakarty trzeba było znaleźć
nocleg. Co nie było takie proste-hotel w
którym mieszkali nasi holenderscy znajomi okazał się pełen, jak inne na tej samej
ulicy. Wszystkie hotele zajęte. Wszystkie. Pytałyśmy w blisko 30 hostelach,
domach gościnnych, hotelach (nawet tych ****!) i nic. Noc na dworze, w parku
bądź gdziekolwiek nie była by złym pomysłem – ale wszystko łącznie z nami i
naszymi bagażami było mokre, a Nela nie czuła się najlepiej. Zrobiła się godzina
2 w nocy, a my nadal nie miałyśmy noclegu – z resztą bardziej zaczęło mnie
męczyć szukanie i pytanie o pokoje. Postanowiłyśmy pójść do McDonalda 24h.
Mimo, że zdaje sobie z tego sprawę, że wyganiają często ludzi śpiących, nie
miałyśmy innej opcji. Musiałyśmy odpocząć, zjeść i starać się wyschnąć. To był
luksus – toaleta, siedzenie, jedzenie wszystko pod ręką – no i brak deszczu!
Tak też zasnęłyśmy .
Obudziłyśmy się koło 5 kiedy życie na ulicach zaczyna już
się rozkręcać na dobre. Postanowiłyśmy
wypić poranną kawę i iść pozwiedzać miasto. Nie było mowy o tym aby postarać
się jeszcze tego samego dnia jechać do świątyń hinduskich w Prambanan. Bardzo chciałabym zobaczyć jakąś – widziałam kilka świątyń Shinto, kilka
Buddystycznych ale jeszcze żadnej Hindu! Musiałam pocieszać się faktem, że
większość z nich można oglądać tylko z dystansu, a niektóre są zupełnie zamknięte
po trzęsieniu ziemi jakie miało miejsce w 2006 roku. A jak będę bardzo chciała,
to jeszcze przed śmiercią zdążę(mam nadzieję!) jakieś zwiedzić.
Spacerowałyśmy główną ulicą Jogjakarty – Malioboro – i
postanowiłyśmy zatrzymać się na odpoczynek w jednym z warungów. Zjadłyśmy
śniadanie, aż wypatrująca nas mała dziewczynka, siedząca przy pobliskim stole z
rodziną odważyła się zagadać. Mimo że już dosyć mamy pytań od obcych ludzi o
imię, skąd jesteśmy, co o nich sądzimy lub co najgorsze czy mogą sobie z nami
zrobić zdjęcie, to ta dziewczynka była urocza. Starała skleić się swoim
podstawowym angielskim pytania, a jak ją poprawiałyśmy(chyba przyzwyczajenie z
zajęć) to powtarzała za nami. Na koniec oczywiście poprosiła nas o zdjęcie.
Rodzice chyba potraktowali to jako szybką lekcje angielskiego bo nalegali żeby
zapłacić za nasze śniadanie. To było przeurocze! Tacy to uroczy są
Indonezyjczycy!
Resztę dnia spędziłyśmy na powolnym zwiedzaniu Kratonu czyli
dworu sułtana, zwiedzaniu ruin pałacu „Wodnego” i unikaniu grupek nastolatków
które koniecznie chciały mieć z nami zdjęcie. Tego w ogóle nie rozumiem – czy jesteśmy
dla nich ciekawi bo jesteśmy inni (traktowanie nas jak okaz z zoo) czy bo
przypominamy im różnych celebrity (czyli nie rozpoznają białych tak jak my
zazwyczaj, nie widzimy różnic między Azjatami). Jedno już zaobserwowałam, jak
jedna grupka się odważy i zacznie robić zdjęcia, wszystkie inne oleją to, że
stoją na jednej w piękniejszych świątyń buddyjskich w Indonezji, że stoją przez
posągiem Buddy który był wykonany przez stosunkowo prymitywne narzędzia ponad
tysiąc lat temu, i że „patrzy” on na spowite w mgle góry dryfujące w morzu
dżungli…mamy zdjęcie z białym na fejsa, więc jest impreza!
Z zupełnym spokojem pojechałyśmy na dworzec autobusowy, nie
miałyśmy się przecież na co spieszyć. Biorąc pod uwagę, że nie chciałyśmy
przyjechać w środku nocy i budzić naszych gospodarzy to raczej później znaczyło
lepiej. Zapomniałyśmy jednak, że tu i tak wszystko ma swoje tempo. I tak
zamiast oczekiwania 30 min na autobus klasy pierwszej, czekałyśmy ok 2 h…ale
autobusu nie było. Nie wiadomo skąd nagle ludzie zerwali się z peronu, i
wbiegli na wyjazd autobusów…jedna dziewczyna kazała nam biec z nami bo „tam
jest autobus”. Gdzie tam? Nie powinien być 1,5 h wcześniej, i to tu na peronie?
Pobiegliśmy na drugi koniec dworca, aby dowiedzieć się, że autobus jest już
pełny, a następny? Odpowiedź brzmiała mniej więcej „Następny autobus, to będzie
ten co przyjedzie po tym”. Żadnej informacji o której godzinie, nic. Ja miałam
już dość czekania, a do tego zaczął padać deszcz. Zdecydowałam się jechać
autobusem ekonomicznym który odjeżdżał co 20 min. Praktycznie 5 min po podjęciu
decyzji, dołączyła do mnie Nela i siedziałyśmy już w autobusie klasy
ekonomicznej. Trzeba przyznać że na ekonomii
to się oni znają…jeżeli ekonomia to „upchnąć jak najwięcej za jednym kursem”. Te
autobusy są „indonezyjskich rozmiarów”, zupełnie nie dla nas – Europejskich dziewczyn
– podwójne siedzenie jest szerokości dwóch siedzeń w kolejce dla dzieci. Zagłówek
miałam gdzieś na barkach, a przestrzeń na nogi ledwo mieściła mój plecak. Nigdy
nie będę narzekać na Ryanair’a! Moje nogi albo musiałam położyć do góry i
oprzeć na siedzeniu przede mną, albo siedzieć bokiem tak żeby wystawały na
przejście. No chyba, że po przejściu chodził jakiś handlarz sprzedający
jedzenie lub napoje. Albo uliczny grajek. Albo po prostu nie stał ktoś. System
funkcjonowania tego autobusu też jest zagadkowy. Najpierw przez autobus
przechodzi kilka razy kierowca nr1 pytając gdzie jedziemy (tak jak by chciał
się upewnić gdzie ma jechać). Potem jak już jest załadowany tak że nie wepchnie
się szpilki, to kierowca nr2 przeciska się przez całą długość sprzedając
bilety. Oczywiście każdy wchodzący zatrzymywał na nas wzrok, więc kiedy kierowca
sprzedając bilet zagadał żeby się dowiedzieć jak mamy na imię i skąd jesteśmy w
autobusie nastała cisza. „America?!” –padło pytanie. „No, Europe” – i nagle
wrzawa, niektórzy wykrzykiwali w triumfie (tak jak by się o to zakładali wcześniej)
inni pomrukiwali … na szczęście to chyba wszystkich usatysfakcjonowało i więcej
nie pytali.
Nauczyłam się dzięki temu wyjazdowi, że w autobusach klasy ekonomicznej jeżdżą
właśnie Ci ludzie którzy nie powinni nimi jeździć-rodziny z kwiczącymi dziećmi, ludzie z chorobą morską, osoby
przewożące zwierzęta i duże europejskie dziewuchy.