wtorek, 21 maja 2013

Przez bańkę mydlaną

No więc jestem w Indonezji. Półkula południowa. Zupełnie inna kultura. Dlaczego jeszcze tego nie czuje? Dlaczego mimo, że jem na śniadanie/obiad/kolację ryż z mięsem i pikantnymi przyprawami, zamiast brać prysznica polewam się wodą z wiaderka (którą czerpię z pojemnika w którym pływa taka malutka, dobra rybka-zjadająca jaja komarów), dlaczego ciągle nie czuję żadnego szoku kulturowego? Jeszcze kilka dni temu, tuż przed wyjazdem piłam piwo na Wielkim Grillowaniu Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, ze znajomymi, a teraz wszystko powinno być inne! Egzotyczne i generalnie urzekające! Przecież na to czekałam! Czy to jest faktycznie wina egzotyzującej narracji polskich travelebrytów, czy szok kulturowy jest tak duży że nie mogę się otrząsnąć ? 

Wychodzę z rodziną u której mieszkam na obiad. No i może coś zaczyna zaczyna do mnie dochodzić...

Yess (przemiła i nieśmiała dziewczyna u której mieszkam) zamawia dla mnie Rawon.  Pytając ją co to jest odpowiada z uśmiechem "Black Soup". Moje pierwsze skojarzenie to czernina! Ale  potrawa jaką przynosi nam obsługa przypomina poprostu rosół -tylko jakiś taki faktycznie ciemniejszy, no i oczywiście zupełnie inaczej doprawiony. Na środku talerza znajduje się wyspa usypana z ryżu - osobiście wydaje mi się o wiele smaczniejszy od ryżu w Europie, ma intensywny aromat, a na tym kopczyku włókna mięsa. Nie kawałki. Mięso jest nie mam pojęcia jak rozdrabniane i jak smażone ale autentycznie tak wygląda. Do tego jajka. No i tu zaczynają się schody. Pierwsze o czym pomyślałam to o legendarnych stu-dniowych jajkach azjatyckich. Ale tamte miały być czarne, a te które mi zaserwowano nie wyglądają aż tak źle. Skorupka w kolorze "miętowym-modnym w tym sezonie", a żółtko intensywnie pomarańczowe, aż brunatne. Pytałam się pięć razy zanim odważyłam się spróbować -Co to są za jajka? - ale Yess utrzymywała że to zwykłe jajka gęsi. Skosztowałam, ale nadal nie budzą mojego zaufania. Raczej się nie zaprzyjaźnimy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz